Wywiady z Gośćmi

Strona główna / Fundacja żyć z POMPĄ / Wywiady z Gośćmi Wydrukuj | A A A
  

  wywiADY z naszymi gośćmi


     prowadzi Aleksandra Dylejko,
     redaktor Dziennika Bałtyckiego, wolontariuszka Fundacji "żyć z POMPĄ"
                                    
                                                                     fot. Anna Szałkowska /DB   
                     


maciej chmielowski

Dyrektor Generalny Fresenius Kabi Polska Sp z o o
        
                           fot. Fresenius Kabi

wywiad z 4 lipca 2012
ALEKSANDRA DYLEJKO: Czy prowadząc taką firmę jak Fresenius Kabi można nie być wrażliwym?
MACIEJ CHMIELOWSKI: Absolutnie nie. Mamy w logo firmy troskę o życie. To z jednej strony nasze zobowiązanie, z drugiej wielka satysfakcja. Jako producenci leków nie możemy pozostawać obojętni na to, kogo leczenie dotyczy. Mam szczęście pracować w firmie zajmującej się produkcją leków dla najbardziej potrzebujących, dla pacjentów będących w szpitalu, którzy są intensywnie leczeni. Potrzebują żywienia tak samo, jak leczenia. To niesamowite, że wciąż łatwo wyobrazić sobie leczenie bez jedzenia , choć nie można sobie wyobrazić życia bez przyjmowania posiłków ... Zdarzało się i niestety wciąż się zdarza że pacjenci w szpitalach głodują. Są leczeni intensywnie np. antybiotykami czy operacyjnie, ale nie wiadomo dlaczego zapomina się o tym, że muszą też jeść. Osobom bardzo ciężko chorym jedzenie jest niezbędne, by móc zwalczyć chorobę. Nasza wrażliwość na ich losy wynika zarówno ze świadomości tego, w jaki sposób leki te ratują życie, ale również z obserwacji i rozmów z lekarzami.
AD: Ci pacjenci są w różnym wieku.
MC: Od niemowlęctwa do późnej starości. Każdy potrzebuje jedzenia, ale każdy ma inne potrzeby żywieniowe. Zależą one zarówno od wieku, jak i stanu zdrowia - w tym przypadku od stanu choroby. Zdarza się - na szczęście nie za często, że rodzą się dzieci, które mają niewykształcony układ pokarmowy. Od urodzenia są skazane na tzw. sztuczne żywienie. Jeszcze do niedawna, dopóki dostęp do tego rodzaju terapii lub wiedza o niej nie była tak powszechna jak obecnie tacy pacjenci umierali z głodu. Dziś żyją bardzo długo. Znane są w Polsce przypadki kobiet rodzących dzieci, choć od wczesnego dzieciństwa są na sztucznym żywieniu. To absolutnie fascynujące i napawa mnie dumą że mogę pracować w firmie, która dostarcza podobne rozwiązania terapeutyczne.
AD: To właśnie dzięki wsparciu Państwa firmy w szpitalach powstają pracownie żywienia klinicznego.
MC: W całej Polsce takich pracowni jest ponad 10. To nasza inicjatywa wychodząca naprzeciw różnym potrzebom żywieniowym. Lekarz i pacjent mają do wyboru dwa sposoby przygotowania żywienia klinicznego. Może dostawać albo tzw. worki gotowe, przygotowane przez przemysł farmaceutyczny, gdzie w standardowy sposób są opracowane składniki żywieniowe: tłuszcze, aminokwasy,witaminy,elektrolity glukoza i woda,. Takie rozwiązanie stosuje się u pacjentów leczonych krótkoterminowo, np. z powodu zabiegu operacyjnego. Leczeni przewlekle muszą otrzymywać dietę dobraną ściśle do ich potrzeb. Nie ma takiej fabryki, która mogłaby przygotować specyficzną dietę dla każdego pacjenta indywidualnie. Stąd też pracownie żywieniowe, które przygotowują dokładnie to, czego dana osoba potrzebuje. Różnicę tę można porównać do różnicy między jedzeniem w fast foodzie a obiadem w dobrej restauracji. Żywienie workiem przemysłowym można porównać do diety fast food: człowiek oczywiście może to jeść ale gdyby żywiłby się tym długo nie wyglądałby dobrze i być może by się tak nie czuł. Tymczasem w dobrej restauracji kelner proponuje dania według potrzeb. Taka jest właśnie rola pracowni żywieniowych.
AD: Bywa Pan w miejscach, w których pacjenci korzystają ze specjalnie przygotowanych dla nich przez was preparatów.
MC: Bywam. Co prawda rzadko kontaktuję się z samymi pacjentami, ale bardzo często z lekarzami i farmaceutami. Od nich dowiaduję się, jak pacjenci radzą sobie będąc żywieni w ten sposób. To bardzo przyjemne, bo widać efekty pracy. Pacjenci lepiej znoszą chorobę, lepiej odpowiadają na terapię.
Wielkim osiągnięciem w Polsce w zakresie żywienia klinicznego jest niewątpliwie rozwój żywienia w warunkach domowych. Pacjent nie może przecież bez końca leżeć w szpitalu! Jeśli jedyną przyczyną jego choroby są zaburzenia trawienia to można sobie wyobrazić sytuację, w której w dobrych warunkach domowych i przy właściwej opiece mógłby otrzymywać dietę właśnie w domu. I tak się w Polsce dzieje.
Dzięki zaangażowaniu przedstawicieli służby zdrowia oraz zrozumieniu urzędników państwowych system osiągnął znaczną skalę. W tej chwili w Polsce jest ponad 600 pacjentów leczonych pozajelitowo domowo i kilka tysięcy dojelitowo.
AD: Są leczeni na tzw. fundusz.
MC: Tak, NFZ też zachował się tu bardzo odpowiedzialnie, ponieważ przygotował procedury leczenia domowego odrębne dla dzieci i odrębne dla dorosłych.
AD: Poza swoimi działaniami "statutowymi" Pana firma robi też wiele rzeczy "po godzinach", jak współpraca z fundacjami.
MC: To zobowiązanie firmy, która jest odpowiedzialna w Polsce za większość żywień klinicznych. A odpowiedzialnością lidera - przynajmniej ja to tak odbieram, jest udzielanie wsparcia tam, gdzie ludzie go wymagają. Takim obszarem, o którym już wspominałem, są pracownie żywieniowe. Od podstaw zbudowaliśmy ją w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, wyposażyliśmy w maszyny i wyedukowaliśmy personel. Bez tego być może rozwój żywienia nie byłby tak dynamiczny.
Ciekawe, że wśród ludzi dobrej woli znaleźli się z czasem założyciele fundacji wspierających zarówno dorosłych, jak i dzieci. Fresenius ściśle współpracuje z dwiema: "Dzieci żywione inaczej" przy Centrum Zdrowia Dziecka i gdańską fundacją "Żyć z POMPĄ". Nasza działalność na ich rzecz to kontynuacja działalności, która wykonujemy na co dzień. Ma aspekt wsparcia finansowego, organizacyjnego, ale też edukacyjnego - dla rodzin, pacjentów i personelu. Proces żywieniowy pacjenta domowego to bardzo złożona czynność, angażuje wiele osób: chorych, ich opiekunów i rodziny, które cierpią razem z pacjentem. Choroba przykuwa go niejako do linii , przez którą jest podawane żywienie. Naszym zadaniem jest ułatwienie mu życia, między innymi poprzez wsparcie dla fundacji. Z radością to robimy, bo widzimy w tym olbrzymi sens - ale i wdzięczność pacjentów. A to daje nam ogromną satysfakcję, nakłania do coraz szerszych działań.
Poza tym, gdy widzimy takich zapaleńców jak pani Beata (przypis red. Beata Stawicka - Prezes Fundacji żyć z POMPĄ) to nie sposób stać z boku. Swoim optymizmem zaraża wszystkich wokół. Mnie również zaraziła... Trochę mnie wyrwała do tablicy, dlatego jesteśmy i chcemy z fundacją współpracować.
AD: Dobrze rozumiem, że w Pana firmie pracują zapaleńcy? Misja misją, ale pewnych rzeczy nie da się zadekretować...
MC: Nie, absolutnie się nie da i nie da się też ludziom wmówić, że mają pomagać pacjentom, bo taka jest ich misja. Wydaje mi się że - być może trochę intuicyjnie, ale nie do końca, zatrudniamy ludzi, którzy oprócz formalnego wykształcenia i doświadczenia w zawodzie mają również pozytywną energię. I potem ta energia, którą wyczuwa się na rozmowach kwalifikacyjnych, przekłada się na ich działanie daleko wykraczające poza obszar, którego się od nich oczekuje. Mam tu na myśli empatyczne podejście do problemów, z którymi się spotykają bądź to kontaktując się z pacjentami, bądź ludźmi opiekującymi się nimi.
AD: Ma Pan kontakt z dyrektorami, prezesami firm z różnych branż. Zgodzi się Pan, że coraz częściej angażują się w pomaganie, działanie na rzecz innych? Że społeczna odpowiedzialność biznesu to nie jest pusty frazes?
MC: Nam we Freseniusie jest łatwiej, bo z aspektem społecznym mamy do czynienia na co dzień. I mówiłbym tu nie o przywileju, ale obowiązku. Czujemy się częścią środowiska medycznego, mimo że jesteśmy - jak się o nas mówi, tylko producentami leków. Część z nas ma wykształcenie medyczne lub pokrewne. Jestem anestezjologiem z siedmioletnim stażem na oddziale intensywnej terapii i naprawdę nie trzeba mi powtarzać, że moją odpowiedzialnością nie jest tylko dostarczanie leków, ale też troska o zdrowie pacjentów i pytanie, jak reagują na terapię. Myślę, że jestem w stanie tym swoim naturalnym zainteresowaniem zarażać również innych pracowników. I staram się to robić. A oni to przyjmują, bo przykład idzie z góry: zaangażowanie ludzi wynika też z tego, jaki poziom zaangażowania reprezentuje kadra zarządzająca, z dyrektorem generalnym włącznie. Bardzo się cieszę, że często spotykam się z pozytywną oceną naszej działalności, bo to też dodaje skrzydeł i optymizmu. I cieszy, że ktoś nasze starania dostrzega, bo to ważne dla oceny efektywności działania.
AD: Dostajecie listy od pacjentów, lekarzy? Dzwonią do was, przychodzą?
MC: Dostajemy sporo listów od wdzięcznych pacjentów, którym dostarczamy żywienie. Doceniają, że jesteśmy zawsze punktualni, że dostarczamy im to, czego chcą. Wiele ciepłych słów i podziękowań płynie ze środowiska medycznego za to, że uzupełniamy ich akcje edukacyjne, poszerzamy pulę ekspertów żywieniowych. Do niedawna żywieniem klinicznym interesowali się nieliczni, byli uważani za fanatyków i trochę dziwaków. Bo choć człowiek je od zawsze, żywienie jako forma leczenia jest bardzo młodą dziedziną, ma zaledwie kilkanaście lat. W tej chwili stanowi nie tylko coraz ważniejszy aspekt stosowanych terapii, ale również jest - co by nie mówić - dobrą platformą rozwoju dla lekarzy i farmaceutów. A ponieważ rozwija się bardzo dynamicznie, brakuje ośrodków edukacyjnych kreowanych przez lekarzy. My w sposób naturalny uzupełniamy ich wiedzę.
Jedną z naszych bardzo ważnych naszych aktywności jest organizowanie konferencji, sympozjów i szkoleń dla lekarzy. Dostają certyfikaty, bez których nie mogliby prowadzić żywienia refundowanego.
AD: Gdy pisałam o małym Stasiu przed jego wyjazdem do Francji na operację przełyku pytano mnie "Co tak naprawdę temu dziecku jest?" Odpowiadałam: "To, że nigdy normalnie nie jadł". I dopiero wtedy się oczy otwierały...
MC: No bo jak można nie jeść? Z drugiej strony jeszcze kilkanaście lat temu ludzie nie wiedzieli co robić, gdy nagle ktoś z jakiegoś powodu przestawał jeść. Istniały rozwiązania, ale nie było wiedzy i doświadczeń które by podpowiadały, że aby przeżyć, taki człowiek powinien otrzymać specjalną dietę.
AD: Fundacja "Żyć z POMPĄ" jest na dobrej drodze do otwarcia Szkoły Jedzenia.
MC: To bardzo interesujące przedsięwzięcie. Bo tak jak ktoś, kto długo nie chodził wymaga rehabilitacji, żeby zacząć chodzić od nowa, tak samo człowiek, który nigdy nie jadł albo przerwał jedzenie na długi czas, musi się na powrót nauczyć jeść. Mam tu na myśli zarówno świadome połykanie, żeby się nie zakrztusić, jak i stopniowe przywracanie do normy funkcji przewodu pokarmowego. Dlatego bardzo cieszy inicjatywa pani Beaty, oczywiście bardzo jej kibicujemy i na pewno się do niej przyłączymy. Ta sytuacja przypomina mi genezę założenia kliniki "Budzik" w Warszawie, przez Panią Ewę Błaszczyk której osobiste doświadczenia związane z chorobą córki zainspirowały do zajęcia się wsparciem dla dzieci z utratą przytomności Dzieci te dzięki współczesnym osiągnięciom medycyny mogą mieć szanse na powrót do pełni zdrowia. Tak samo te, które nie jadły, można nauczyć jeść. To fascynujące, że to się dzieje.
AD: Powiedział Pan wcześniej, że Beata Stawicka wyrwała Pana do tablicy...
MC: To było na jednej z konferencji, gdy otwieraliśmy pracownię żywieniową w Pomorskim Centrum Traumatologii w Gdańsku. Nie miałem pojęcia o istnieniu fundacji "Żyć z POMPĄ", wydawało mi się wręcz, że w Gdańsku takiej inicjatywy nie ma. W programie otwarcia pracowni było wystąpienie pani Beaty. Mówiła o działalności fundacji, która ma już kilka lat, przyciąga wiele znanych osób, między innymi pana Mirosława Bakę... Nagle zobaczyłem, że dzieje się coś, w czym absolutnie już od dawna powinienem brać udział. Zdziwiło mnie, że tu mnie nie ma... A pani Beata w tym czasie bardzo ciepło wyrażała się o Fresenius Kabi jako o firmie, która bardzo mocno wspierała na przykład fundację "Dzieci żywione inaczej" z Warszawy. To mnie niezwykle zmobilizowało, więc spotkałem się z panią Beatą i rozpoczęliśmy współpracę. Najpierw było wsparcie finansowe, później uznaliśmy, że warto przyjrzeć się innym problemom, jak brak odpowiednich plecaków dla dzieci, w których mogłyby być umieszczane zarówno pompy, jak i żywienie. Tak banalna sprawa jak brak tych plecaków powodowała, że przez większość życia dzieci były przykute do łóżka. Kroplówka, którą podawane jest żywienie, musi bowiem kapać przez nawet kilkanaście godzin. Idealnym rozwiązaniem były pompy, które tłoczyłyby żywienie, ale potrzebne było coś, w czym one mogłyby być umieszczone. Doszliśmy z panią Beata do wniosku że najlepszy będzie właśnie plecak: pani Beata go zaprojektowała, a my pomogliśmy wykonać.
Teraz dzieci wyglądają jakby szły do szkoły, tyle że w plecaczkach mają nie książki, lecz pompy i worki do żywienia. Nie rezygnują z własnej aktywności czy rozwoju fizycznego, a żywienie mają podawane non stop.
AD: Gdy słucham Pana nie mam wątpliwości, że czerpie Pan ze swojej pracy wielką satysfakcję.
MC: Absolutnie. Ta satysfakcja to radość i szczęście dzieci, które mogą żyć zupełnie inaczej. Mogą np. jeździć z rodzicami na wakacje. Zresztą, to dotyczy też dorosłych. Każdy, kto korzysta z żywienia wie, jak bardzo jest ono obciążające. Skoro podaliśmy rozwiązanie terapeutyczne, to naszą rolą - rolą wszystkich, którym na sercu leży los tych ludzi, jest działanie w kierunku ułatwienia im życia. Bardzo się cieszę, że możemy pomóc.


MACIEJ 'GLEBA'FLOREK


finalista 'You Can Dance'
            
                              fot. MOSiR Gdańsk

wywiad z 27 czerwca 2012
ALEKSANDRA DYLEJKO:Trzeci raz ścigałeś się w Jet Ski Race dla Fundacji "żyć z POMPĄ".
MACIEJ FLOREK:
Tak. Raz poszło nie najlepiej, drugi raz musiałem uciekać, bo następnego dnia były zawody konne, ale do trzech razy sztuka...
AD: I sukces!
MF:
Sukces! Pierwsze miejsce, więc jestem zadowolony i uśmiechnięty.
AD: Przygotowywałeś się jakoś specjalnie?
MF:
Nie, nie było możliwości, bo cały czas mamy urwanie głowy, skaczemy z jednego miejsca na drugie... Ale Jet Ski Race już na dobre wpisał się w mój harmonogram i jest w nim rok po roku. Tylko czekam na konkretną datę i jestem gotowy do startu. To fajna zabawa i - co więcej - związana z Gdańskiem. Urodziłem się we Wrocławiu, więc wszystko z Gdańskiem związane przybliża mnie do tego, co mam wpisane w dowodzie, czyli że w Gdańsku mieszkam. Przede wszystkim jednak przekonują mnie do tego fajni ludzie z Fundacji "żyć z POMPĄ", którzy takimi imprezami próbują się przebić do mediów. A to mnie cieszy. Przy okazji imprez teatralnych, festiwal i czy wydarzeń sportowych staram się gdzieś tam "włożyć" cząstkę fundacyjnych zespołów ludzi dobrej woli i możemy razem zrobić coś fajnego.
AL: To chyba duża satysfakcja, że swoją popularność można w ten sposób wykorzystać.
MF:
Powiem szczerze, że to chyba jedna z przyjemniejszych rzeczy po wygraniu "You can dance". Nie pomagamy anonimowo, nie giniemy w tłumie. Siła osoby, która wygrała czy to program telewizyjny, czy olimpiadę, jest dużo większa. Przecież możemy sobie wypożyczyć skuter i na nim pojeździć, to nie jest frajda sama w sobie. Rewelacją jest, że przy okazji naszej dobrej zabawy ktoś dowie się o fundacji, o osobach potrzebujących pomocy. Ludzie wpłacają pieniądze i udaje się kupić kolejne pompy. A to nie jest tani sprzęt.
AD: Wyobrażam sobie, że próśb o pomoc masz wiele.
MF:
Mnóstwo. Ale wiele z nich albo nie jest realnych do spełnienia, albo nie są zasadne. Trzeba być bardzo ostrożnym, żeby odróżnić prawdziwą potrzebę od zwykłego nagabywania. Ważne, żeby - jeśli już się pomaga - robić to na stówę. Przynajmniej w tej przestrzeni, w której możemy pomóc. I jest frajda, gdy dowiadujemy się, że ktoś inny dołożył cegiełkę finansową. Nie jesteśmy w stanie dofinansować wszystkich, którzy się do nas zgłoszą. Nie jesteśmy najbogatsi na świecie.
AD: Chyba też nie o to chodzi, żeby Maciej Florek wykładał pieniądze na stół, ale żeby dał przykład: mimo zaganiania można odłożyć swoje sprawy na bok i dać siebie innym.
MF:
Dla nas to ładowanie baterii, bo przecież nie jest tak, że z pomagania nie mamy żadnej przyjemności. Pomaganie innym to czerpanie dużej energii dla siebie. Uśmiech dzieciaków, które pojawiają się na zawodach świadczy, że naprawdę działamy. Dzięki temu my też czujemy się lepiej i łatwiej znosimy 12 godzin na sali tanecznej. To wzajemna, fajna przygoda.
W zeszłym roku zrobiliśmy Derby Gdańska, konie mechaniczne na wodzie zmieniliśmy na konie jeździeckie. Udało się później znaleźć osobę, która wsparła chorą dziewczynkę sporą sumą. Żaden z nas nie byłby w stanie tego zrobić... Dzięki temu, że informacje o akcji pomocy konkretnej osobie trafiają do mediów ci, którzy mają pieniądze, mogą je zagospodarować. Cieszy nas, że zwykli ludzie zauważają, jak to działa: ktoś pomaga, organizuje imprezę, a udział jak największej liczby osób sprawia, że sponsorzy patrzą przychylniejszym okiem.
AD: Mówisz, że jedną z rzeczy, które spowodował program "You can dance", jest duża liczba próśb o pomoc. Traktujesz wygraną jako punkt zwrotny w swoim życiu, czy jako jeden z etapów? Miałeś już przecież spore osiągnięcia.
MF:
Większość osób, które idą do "You can dance" spędziło już trochę czasu albo w teatrze, albo w zespołach tanecznych. Dla mnie to jeden z punkcików, nie uważam wygranej za osiągnięcie życia. Liczę na więcej. Rzeczywiście, teraz więcej rzeczy robię w sferze choreografii. W Polsce nie ma dużo miejsc, w których można tańczyć i występować w choreografiach innych. A dla mnie to problem, że nikt nie jest w stanie mnie zaprosić do wspólnej choreografii, bo nie ma aż tak wielu eventów tanecznych. Dlatego muszę robić choreografie i dawać je innym, bo nie opanowałem jeszcze sztuki bycia jednocześnie choreografem i tancerzem. Robię więc kolejne spektakle teatralne. To jakby powrót do tego, co było przed "You can dance", bo już wtedy pracowałem jako Maciek Florek, nie byłem podpięty pod żadnego choreografa, ale daje mi to dużo przyjemności. I widzę efekty. Dostaję coraz więcej wartościowych propozycji, mam fajny zespół ludzi. Jerzy Bielunas i Mateusz Pospieszalski robią jedne z najlepszych w Polsce spektakli muzycznych. Dzięki temu, że udało nam się spotkać w 2000 roku przy piosence aktorskiej, gdy byłem jeszcze tancerzem, dokooptowałem do tej grupy i razem tworzymy wspaniałe spektakle. Bardzo się z tego cieszę, bo to przygoda życia.
AD: A co z marzeniem o własnym teatrze tańca? Masz je ciągle z tyłu głowy?
MF:
Nie odpuszczam, ale życie przesuwa trochę realizację. Czasami pracuje się na marzenia innych... Ale nie narzekam na to, że nie mogę czegoś zrealizować. Korzystam z instytucji, które już są i cieszę się, że robię to coraz bliżej Gdańska. Ostatnią premierę mieliśmy w Elblągu, więc w końcu znajomi stąd, których większość zna mnie po "You can dance" i z telewizji, zobaczyli, co ja tak naprawdę robię. Dalej są moimi znajomymi i przyjaciółmi, teraz nawet trochę większymi. Liczę, że uda nam się zrealizować pewne szaleństwa w Teatrze Muzycznym w Gdyni i wrócę tam, gdzie zaczynałem z "12 ławkami" czy "Opentańcem".
AD: Jesteś z Wrocławia, przeniosłeś się do Trójmiasta. Dlaczego?
MF:
Wiesz co... Skoro miałem możliwość kupienia mieszkania za pośrednictwem rodziców...
Ależ prozaicznie! Myślałam, że powiesz, że scena, że propozycje zawodowe, a tu czysta ekonomia.
Mieszkanie w Gdańsku służyło mi zazwyczaj jako punkt wymiany zawartości walizek.
A ja nie chciałem już mieszkać w domu aktora, bo spotkało mnie wiele złych związanych z tym rzeczy. Gdy straciłem wspaniałego laptopa z kamerami, dyskami twardymi i innymi cudami, które wymagały sporo czasu, żeby na nie zarobić powiedziałem "Koniec, basta, trzeba mieć swoje miejsce". Szukałem takiego, które ma albo dużo wody, albo dużo gór. Trudno byłoby w Polsce złapać jedno i drugie. W Hiszpanii jest chociażby Bilbao, gdzie masz szybkie dojście do gór i jednocześnie ocean, gdzie można posurfować, ale nie ukrywam, że Polska robi na mnie większe wrażenie. Po pierwsze dlatego, że tu jest trudniej. Mamy chyba jakiś gen wrzucania sobie na głowę dużo więcej rzeczy, niż potrzeba.
AD: A jak jest dobrze, to zawsze znajdziemy ten drobiazg który nam pozwoli powiedzieć, że jest źle.
MF:
Tak, i to powoduje że cały czas jesteśmy niezadowoleni, mało się uśmiechamy i nie ma w nas optymizmu. To taka nasza frajda, że lubimy narzekać. Trudno się z niej wyzwolić. Ale właśnie dlatego Gdańsk. Tu miałem pracę i projekty, które jednak nie były stałe, bo jestem wolnym strzelcem. Zawsze mieszkałem w różnych miejscach Polski i ciągle gdzieś jeździłem. Teraz też rzeczy, które realizuję w Warszawie, Sosnowcu i Zielonej Górze sprawiają, że jeżdżę dokładnie po kwadracie. Nie ma zmiłuj, ale taki tryb życia wybrałem i na razie dzielnie się go trzymam.
AD: Najbliższe plany to "Czarnoksiężnik z krainy Oz"?
MF:
Tak, choć na razie szybki skok do "Pamiętnika z powstania warszawskiego". "Czarnoksiężnik" miał już premierę i kilka spektakli, bilety zostały wykupione miesiąc przed premierą. Tylko się cieszyć, choć szkoda, że teatr nie mógł pokazać kolejnych "czarnoksiężników". Będą dopiero w secie wrześniowym i październikowym. Przy okazji ciekawa sprawa, bo mimo że w Elblągu jesteśmy blisko Gdańska to tamtejsza telewizja jest podpięta pod Olsztyn i w Olsztynie wiedzą więcej o "Czarnoksiężniku" niż w Gdańsku. A zrobiliśmy, sądzę, fajne widowisko. Dostałem tam kolejną ofertę pracy w przyszłym sezonie nad "Piotrusiem Panem". Zobaczymy jak będzie, bo przy naszym trybie życia nic nie jest pewne dopóki nie jesteśmy na sali. A już za chwilę startujemy w Malborku z teledyskiem promującym mieszkańców miasta. To duża frajda pracować w takich miejscowościach, bo okazuje się, że z budżetem, który wydaje się nierealny można budować coś fajnego.
AD: Kiedy śpisz?
MF:
Dzisiaj było krótko, ale intensywnie. Jak się ma dwa miesiące prób człowiek stara się wypoczywać, jak się tylko da.
AD: Masz momenty, w których mówisz "O Boże, nie ogarniam... Ile ja sobie wziąłem na głowę?"
MF:
Najgorzej jest wtedy, gdy się budzisz o 6 rano i wiesz, że już jesteś spóźniony i masz cały dzień w plecy. Że nie masz szans zorganizować rzeczy, które sobie zaplanowałeś. Odpukać, na szczęście nam się udaje. Tak było przy okazji "Czarnoksiężnika". Światło robiliśmy po trzeciej generalnej, na próbach rano przed wejściem publiczności. Jeśli chodzi o pewne przestrzenie, jesteśmy perfekcjonistami - szczególnie w teatrze, bo to jest nasz świat i nigdy nie odpuszczamy. Jeśli wiemy, że możemy coś tam jeszcze zrobić, choć jest to okupione wielkimi nerwami i przygodami słownymi - wymagamy, ale to przynosi efekt. Później jest pewność, że spektakl jest grany w takiej samej formule, jak na premierze.
Z tym spaniem więc różnie, ale później jest tryb popremierowy, kiedy zazwyczaj mamy kilka dni zupełnego spania - 24 godziny przez trzy, cztery dni. Ładowanie wszystkich baterii a potem jest tak, jak rozmawialiśmy: event ze skuterami, spotkanie z dzieciakami i to sprawia, że znowu masz energię. Wchodzisz na Rysy, patrzysz na świat z góry i znowu ci się chce coś robić. Okazuje się, że mimo zmian rocznikowych jeszcze dajesz radę i mimo że czasami jest ciężko, bo coś boli, coś strzyka, leniwiec się włącza, to wyłączamy tę funkcję dzięki ludziom, którzy nas nakręcają.
Podobnie bywa w zmaganiu się z chorobą - najpierw myśl, że już się nie da rady, a potem ktoś podaje rękę.
Choroby to straszna rzecz. Odpukać, mnie nie dotyczą. Chociaż, owszem, pojawiają się w rodzinie.
Mam siostrę lekarza, mieszka w Afryce. Myślę, że mam przynajmniej cząstkę jej wrażliwości. To fajna umiejętność: pomaganie ludziom, dostrzegania potrzeb innych. To wraca, wiem z doświadczenia.
AD: Zawsze sobie powtarzam, że dopóki jestem zdrowa, wszystkie inne problemy nie mają najmniejszego znaczenia.
MF:
Tak, człowiek dostrzega to dopiero mając trochę lat, bo na początku jest nieśmiertelność i nic nas nie dotyczy. Zawsze, gdy ktoś mnie gdzieś zaprasza, mówiąc ile przy tym zarobię, uśmiecham się, bo wiem, jak mało to naprawdę znaczy. Widzę to spotykając się przy okazji eventów fundacji "żyć z POMPĄ", ale też gdy tańczymy na Dzień Dziecka, w szpitalach. Wtedy wiem, że jest tak jak mówisz: jak człowiek jest zdrowy, ma 99 procent rzeczy, które powinny powodować, że cały czas jest uśmiechnięty. Dzięki temu, że jesteśmy zapraszani w wiele miejsc widzimy prawdziwy świat, nie ten z gazet i telewizji. To fajne doświadczenie. Czasami kłopoty przeżywamy osobiście, ale czasami patrzymy na innych i wyciągamy wnioski. Przecież nie trzeba specjalnie zachorować żeby wiedzieć, jak ważne jest zdrowie.
AD: Zapytam Cię jeszcze o jedno. Może głupio, ale... Dlaczego "Gleba"?
MF:
W "You can dance" robiłem taki specjalny upadek. Stanowił zaledwie parę procent tego, co pokazałem na castingu, ale okazał się na tyle zauważalny, że produkcja wymyśliła mi pseudonim "Gleba". I został. Gdy tylko powiem "You can dance", od razy pojawia się Maciej "Gleba" Florek, ale do sfery teatralnej zostawiam już Macieja Florka.
To dziwna sytuacja... Sama "gleba" wywołuje niezbyt pozytywne skojarzenia, ale nigdy nie spotkała mnie w związku z nią żadna negatywna sytuacja. Dlatego ją zostawiam i czekam na kolejną ofertę. Kiedyś odmówiłem i pluję sobie w brodę, bo chyba głupio zrobiłem. Unosząc się honorem powiedziałem "nie", gdy dostałem propozycję reklamowania ziemi do kwiatków. I gdy sobie uświadamiam, jakie to jest komiczne... Pojawiłem się na zeszytach, billboardach, plecakach, spodniach, koszulkach i nagle znaleźć się wśród kwiatków... Skaczący Maciek Florek! Rewelacja! Sam chciałbym mieć taką ziemię. Co prawda nie mam czasu, żeby taki projekt zrobić, ale trzeba kombinować, bo to sprawia, że ty się śmiejesz, ja się śmieję... O to chodzi.







    patricia kazadi

piosenkarka, tancerka, aktorka, wielka osobowość TV,
        
                                                 fot. iREM

wywiad z 4 marca 2012, III Wielka Podróż
ALEKSANDRA DYLEJKO: Dobrze zna Pani to miejsce, w którym rozmawiamy i w którym trwa "Wielka Podróż".
PATRICIA KAZADI: Tak, w Teatrze Wybrzeże byłam na castingach do programu "You can dance".
AD: Osobowość telewizyjna, tancerka, piosenkarka, aktorka. Patricia Kazadi to...
PK: ...po prostu ja, Patricia Kazadi.
AD: Nie jest to takie proste, bo to "ja" ma wiele pasji.
PK: Największą jest muzyka. Na niej skupiam się w tym momencie w stu procentach. Już za kilka tygodni światło dzienne ujrzy moja płyta. Trochę spędza mi to sens z powiek, nie ukrywam... Ale gdybym miała określić siebie jednym słowem, określiłabym siebie jako artystkę. Uwielbiam sztukę pod każdym względem. Sama może nie tańczę, nie gram w teatrze, ale bardzo chętnie do teatru chodzę.
AD: Gdzie jest w tym miejsce dla imprez takich jak "Wielka Podróż"?
PK: Bardzo często mam spotkania z młodzieżą czy dziećmi, które tego potrzebują. Gdy byłam mała takie wydarzenia były dla mnie bardzo inspirujące i ważne. Do szkoły, do której chodziłam, przyjeżdżali artyści, których ceniłam, ale też i tacy, których nie znałam. Ale każda rozmowa z nimi coś mi dawała. Zresztą, ja wierzę że nasza młodzież zmieni świat.
AD: Angażowała się Pani w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, w akcję "S.O.S. dla świata".
PK: Tak, podczas "Wielkiej Podróży" prezentowałam właśnie zdjęcia z Indonezji.
AD: Co stamtąd najbardziej utkwiło Pani w pamięci?
PK: Dobroć, wdzięczność, miłość. W Indonezji mieszkają wspaniali, ciepli ludzie, którzy nie narzekają. Cokolwiek by się nie działo, w jakichkolwiek warunkach by nie przyszło im żyć, są wdzięczni losowi.
AD: To coś, czego chyba trochę nam brakuje...
PK: Bardzo nam brakuje! Staram się od nich nauczyć, jak być wdzięczną za każdy dzień.
AD: Można to robić także w kontaktach z ludźmi, których los w jakiś sposób dotknął.
PK: Tak, ktoś kto ciągle narzeka ma naprawdę małe problemy w porównaniu z tymi, którzy doświadczyli cierpienia.
AD: "Wielka Podróż" to nazwa wydarzenia organizowanego przez fundację, ale chyba też dobre określenie Pani życia.
PK: Zgadza się. Przy trybie życia jaki prowadzę nie da się uniknąć wyjazdów, ale też nie chciałabym, żeby było inaczej. Moja płyta nazywa się "Globetrotter" właśnie dlatego, że uwielbiam podróżować i w drodze spędzam praktyczne 80 procent swojego czasu. Dopiero co wróciłam z dwumiesięcznego wyjazdu, tęsknię bardzo za rodziną i nie mogę się doczekać, kiedy ich zobaczę. Mam młodsze rodzeństwo które tak szybciutko rośnie, że dwumiesięczny brak kontaktu to jak kilka lat. (śmiech)
Uwielbiam podróżować i zwiedzać nowe kraje nie tylko dlatego, że jest to związane z moją pracą, ale dlatego, że uwielbiam poznawać nowe kultury. To inspiruje, pozytywnie nastraja, dodaje energii. Zdecydowanie, jestem zwolenniczka podróży.
AD: Zimę spędziła Pani za granicą.
PK: Tak mi się teraz udało. Doświadczyłam jej w grudniu i to mi wystarczyło. Tam, gdzie wyjechałam nie było może jakoś wyjątkowo ciepło, ale też nie było tak zimno jak u nas.
AD: Mogła Pani sobie pozwolić na dwumiesięczną przerwę tuż przed wydaniem płyty?
PK: To nie była przerwa. Pracowałam, tyle że zagranicą.
AD: I wróciła Pani prosto do pracy, bo w telewizji właśnie rozpoczyna się kolejna edycja "You can dance" - programu, który Pani prowadzi.
PK: Tak, zacznie się od odcinków castingowych. Miałam okazję zobaczyć pierwszy jeszcze przed emisją w TVN i muszę powiedzieć, że jest najlepszy, jaki do tej pory był i jaki widziałam. Jestem bardzo zadowolona! Myślę, że wszyscy tam są wspaniali: Kinga, Marek, Michał, uczestnicy. No i montaż... Wszystko jest tak żywe i tak energetyczne że myślę, że to będzie najlepszy sezon.
AD: Aż się Pani oczy śmieją, gdy Pani o tym mówi.
PK: Bo jestem świeżo po obejrzeniu pierwszego odcinka. Płakałam, śmiałam się mimo tego, że znam tych ludzi, znam te sytuacje i powinnam być zahartowana. Nie! Całość jest tak poprowadzona, że się wciągnęłam.
AD: "You can dance" zajmie Pani kilka ładnych miesięcy, promocja płyty również.
PK: To dwie jedyne i najważniejsze rzeczy, którymi będę zajmować się przez najbliższe pół roku.
AD: Czyli duże szczęście, że zdążyliśmy zaprosić Panią do udziału w "Wielkiej Podróży".
PK: Zdecydowanie. Ale zapewniam, że jeśli chodzi o moją działalność charytatywną, to zawsze znajdę na nią czas.



  Piotr lisiecki


    finalista programu MAM TALENT
       
                                               fot. iREM

wywiad z 4 marca 2012, III Wielka Podróż
ALEKSANDRA DYLEJKO: Masz talent?
PIOTR LISIECKI: Ludzie mówią, że tak. Ja osobiście chyba nie mogę tego stwierdzić i nie moja rola oceniać. Robię to, co kocham, co mi w duszy gra i niech tak będzie.
AD: Co Ci w duszy najbardziej gra?
PL: Muzyka. Tylko i wyłącznie. Muzyka płynie przez całe moje dotychczasowe życie.
AD: Kiedy zdałeś sobie sprawę, że to ona jest dla Ciebie najważniejsza? Niektórym dojście do życiowej prawdy zabiera długie lata, a Ty jesteś taki młody i już wiesz...
PK: To jest właśnie dziwne, bo to całe śpiewanie zaczęło się nagle. Dosłownie rok przed "Mam Talent" zacząłem z tym coś robić. Może kiedyś brzdąkałem na gitarze, na pianinie... Ale śpiew? Absolutnie nigdy. Aż tu nagle duet z Asią i podbijanie trójmiejskich pubów, takie chałturzenie, a potem "Mam Talent", płyta i bum!
AD: Nie za szybko?
PL: No właśnie... Megaszybko. Rzadko się zdarza coś z taką intensywnością, ale czy to źle?
AD: Chyba nie, bo robisz ze swojej popularności dobry pożytek.
PL: Spadła na mnie tak niespodziewanie... Wszystko zależy od tego, na jakich ludzi się trafi, jacy się tobą zaopiekują. Zwłaszcza, jeśli masz 17 lat. A ja miałem to szczęście, że i menadżer, i wytwórnia - wszyscy wokół mnie związani z tą moją powiedzmy karierą są wspaniali i mocno mnie wspierają, a jednocześnie dają wolną rękę w tworzeniu. Lepiej nie mogłem trafić.
AD: Wielu myśli o Tobie "chłopak z gitarą, co gra liryczne piosenki". W tym kierunku będziesz szedł?
PL: Tak. Myślę, że następna płyta będzie jeszcze bardziej akustyczna, pójdę jeszcze bardziej w surowe brzmienia.
AD: To nisza. Nie boisz, że w nią wpadniesz i tam zostaniesz?
PL: Dla mnie to raczej komplement, jeśli ktoś powie że jestem niszowy, niekomercyjny, nie dla mas.
AD: I może stąd, paradoksalnie, bierze się Twoja popularność. Często jesteś proszony o udział w imprezach takich jak "Wielka Podróż"?
PL: Tak, z przyjemnością biorę udział w akcjach charytatywnych bo uważam, że warto pomagać. Zwłaszcza, jeśli dla mnie to jest tylko - albo aż - występ. Uwielbiam występować, przekazywać emocje ludziom, którzy tego potrzebują. A tu gram dla dzieci.
AD: Tymczasem przed Tobą ważne, dorosłe decyzje.
PL: Za dwa miesiące matura, jakoś już też sobie ułożyłem przyszłość. Pewnie to się jeszcze zmieni, bo w tym wieku to nic tak naprawdę nie wiadomo, ale póki co planuję wyemigrować do Warszawy, na studia. Śpiew solowy w Akademii Muzycznej.
AD: Ale będziemy Cię w Trójmieście widywali?
PL: Jak najbardziej! Do mamusi na obiadki trzeba przyjeżdżać.


 

       
POMAGAJĄ NAM