MIROSŁAW BAKA

Strona główna / Fundacja żyć z POMPĄ / MIROSŁAW BAKA Wydrukuj | A A A

mirosław baka
fundator fundacji "żyć z pompą"

 
                                                                                                                           

                                                   fot. Anna Rezulak
                                 Charakterystyczny polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny.
                                 Absolwent PWST we Wrocławiu. Od 1989 roku aktor Teatru Wybrzeże.

ALEKSANDRA DYLEJKO: „Podczas spotkań z dziećmi wygląda jak dobroduszny wujaszek i wcale nie odgrywa roli, jest po prostu szczerze oddany.” Wie Pan, o kim to zdanie?
MIROSŁAW BAKA: Może pasować do wielu…
AD: Ale pasuje do Pana. To zdanie wyczytałam na stronie Fundacji „żyć z POMPĄ”.
MB: Acha…
AD: Dziwi to Pana? Że można Pana postrzegać jako dobrego wujaszka?
MB: Nie, nie. Dlatego od razu powiedziałem, że można w ten sposób mówić o wielu ludziach. Przyzwyczaiłem się, że wyobrażenie opinii publicznej o znanych osobach często odbiega od tego, kim są naprawdę. Mnie może nikt by nie kojarzył z facetem, który potrafi dzieciom czytać bajki i się z nimi bawić. Ale na Boga! Mam dwóch synów, których wychowałem i myślę, że zrobiłem to dobrze. Kontakty z dziećmi nie są dla mnie czymś kosmicznie obcym. Synowie są już dorośli. Jeden jest dorosły, drugi ma 16 lat. Mamy dobry kontakt, więc chyba sprawdziłem się też jako dobry ojciec małych dzieci.
AD: Jakie są dzieci, z którymi spotyka się Pan w ramach fundacji?
MB: To dzieci szczególne, bo to dzieci chore. Potrzebują wyjątkowo dużo ciepła. Są niesłychanie wyczulone na otoczenie. Od bardzo wczesnego dzieciństwa przebywają w szpitalach, otoczone są dorosłymi którzy ich leczą, opiekują się nimi. Te dzieci nabierają szczególnej wrażliwości i przedwczesnej dorosłości. Choroba w dużym stopniu zabiera im dzieciństwo. Każdy moment beztroskiej zabawy jest dla nich kilka razy bardziej wartościowy niż dla dzieci zdrowych. Wiedząc, że spotkam się z takimi dziećmi, bardzo uważnie się im przyglądam, bo chcę wpisać się w ich świat nie burząc go. Jednocześnie przyglądam im się z niesłuchanym podziwem, jak mimo podczepionych pomp żywieniowych, reżimu czasowego, potrafią cudownie wykorzystywać każdy moment zabawy. Cieszę się, że mogę być tego uczestnikiem.
AD: Dzieci potrafią swoją chorobę wytłumaczyć, zracjonalizować, oswoić…
MB: Na tym polega ta ich wcześnie budząca się dojrzałość.
AD: Nie miał Pan wątpliwości, żeby zaangażować się w fundację?
MB: Jedyne, jakie miałem to takie, na ile mogę się zdeklarować z pomocą z powodu dużej liczby zajęć, częstych wyjazdów. Często powtarzam, że mam wyrzuty sumienia wobec własnych dzieci, że nie mam im za dużo czasu do poświęcenia. Najczęściej pracuję przecież poza domem. Oczywiście, wcześniej na mojej drodze pojawiały się inne fundacje i inne prośby o wsparcie. Starałem się doraźnie je spełniać, ale nigdy nie zdobyłem się na to, żeby podpisać się pod czymś jednym i to podpisać się tak mocno, jak w przypadku Fundacji „żyć z POMPĄ”. Ze wszystkich fundacji świata, które zajmują się różnymi rzeczami, mnie interesują i poruszają te, które zajmują się dziećmi. Zwłaszcza chorymi dziećmi. To dla mnie największa z niesprawiedliwości, gdy dziecko jest chore i nie może się cieszyć dzieciństwem. Bogu dziękuję, że moje dzieci jakoś zdrowo przeszły przez dzieciństwo… I dlatego się zdecydowałem. Pomagam, kiedy mogę, w zależności od czasu. Nie rozdrabniam się na pomoc wszędzie i wszystkim, którzy się o to do mnie zwrócą. Rezerwuję czas dla fundacji. I bardzo się cieszę, bo to najwłaściwsza forma, jaka mi się zdarzyła na drodze życiowej.
AD: Ucieka Pan od wykorzystywania popularności poprzez uczestnictwo w programach typu „gwiazdy tańczą i śpiewają”.
MB:Takie „celebrytowanie” mnie nie interesuje, nie bawi, nie podnieca. Jest coraz większy sztab polskich celebrytów, pławią się w swoim sosiku… To musi być nudne, puste życie i myślę, że coraz mniej mądrych osób im zazdrości. Bo właściwie czego zazdrościć? Tego, że ich fotografują, a oni muszą mówić , w jakim ubranku występują? Ja się koncentruję na sprawach stricte zawodowych, staram się utrzymać swoja markę aktorską. Nie muszę, mam nadzieję, jej poprawiać udziałami w „Tańcu z gwiazdami”, jeździe na lodzie, skalaniu na linie et cetera.
AD: Ale tzw. celebryci uważają, że pokazywanie się, bywanie należy do ich obowiązków.
MB: No tak. Ale trzeba też powiedzieć, że jest wśród nich wielu dobrych ludzi, którzy umieją swoją popularność wykorzystać dla szczytnych celów, na przykład w fundacjach, i nie należy im odbierać tego, że są fajni. Mnie życiowo nie interesuje taki sposób zdobywania czy kultywowania swojej popularności.
AD: Podejmując decyzję o zostaniu aktorem musiał Pan się jednak liczyć z tym, że straci część prywatności.
MB: Oczywiście. Ale tę część, którą straciłem, mogę poświęcić na przykład fundacji. Bo gdybym nie był tym, kim jestem, nie proszono by mnie o pomoc przy jej tworzeniu i – niech to nie zabrzmi pejoratywnie – nie wykorzystywano mnie w szczytnych celach. To przynależy do zawodu. Znana twarz pomaga…
AD: A chciał Pan być marynarzem…
MB: Pewnie, każdy mały chłopiec chciał być albo marynarzem, albo strażakiem, albo lotnikiem. W moim przypadku chodziło o marynarza, niespełnione marzenie ojca. Dzięki niemu w naszym domu była ogromna biblioteka marynistyczna. To były pierwsze książki, do których sięgałem w dzieciństwie. Pierwszą książką, jaka przeczytałem, był „Tomek w krainie kangurów”. Potem - cały cykl powieściowy Szklarskiego. Bardzo kochałem geografię, bardzo wcześnie zacząłem palcem po mapie podróżować po całym świecie, pływać po morzach i oceanach. Wtedy nie było Internetu, można było tylko zbierać widokówki, wyobrażać sobie, jak daleko można popłynąć. Idei, że zostanę marynarzem, trzymałem się bardzo długo i bardzo poważnie. W liceum poszedłem nawet do klasy matematyczno-fizycznej bo dowiedziałem się, że współczesny marynarz musi niestety znać się na matematyce i fizyce, a nie tylko na żeglarstwie. W połowie liceum zdałem sobie sprawę, że nie są to jednak dziedziny, które mnie tak bardzo pociągają i niestety muszę zrezygnować z romantyki morza i pływania. Nie dam rady przebrnąć przez przedmioty ścisłe. Przesunąłem się w stronę, która mi bardzo odpowiadała, czyli przedmioty humanistyczne.
AD: Strasznie musiał się Pan tym mat-fizie wymęczyć.
MB: Ale nie żałuję. Różnych rzeczy trzeba w życiu spróbować. Trochę się męczyłem, ale miałem szczęście mieć bardzo fajną, zgraną klasę. Jak były jakieś strasznie trudne zadania z matematyki, cała klasa zbierała się u kolegi, który był najlepszy i rozwiązywaliśmy je razem.
AD: Myśl o aktorstwie kiedy się pojawiła?
MB: W czwartej klasie liceum.
AD: Co ją wyzwoliło?
MB: Impuls. Ktoś z kolegów powiedział „może byś spróbował”. I zacząłem poważnie myśleć. Ale takie pierwsze przeczucie pojawiło się w piątej klasie szkoły podstawowej, kiedy pierwszy raz na akademii stanąłem przed całą szkołą, zacząłem mówić wiersz i nagle usłyszałem ciszę. To wspaniałe uczucie, które jest zarodkiem aktorstwa. Wychodzę na scenę, ludzie mnie słuchają, a ja znajduję w tym radość. Wtedy pomyślałem, że to cudowne mówić ludziom coś pięknego tak, żeby oni tego słuchali. Pierwszy raz doznałem takiego fajnego olśnienia… Ale to nie tak, że wtedy postanowiłem „będę aktorem”. Częściej tak mówią dziewczynki. Gdzieś w ósmej klasie chyba byłem na konkursie aktorskim i bardzo indywidualnie potraktowałem dwa wiersze Kochanowskiego. Powiedziałem je „na swój sposób”. I od jakiegoś pana z komisji usłyszałem, żebym się już dłużej nie zajmował mówieniem wierszy, bo się do tego kompletnie nie nadaję. Potem w liceum był kabaret, który stworzyliśmy z kolegami. Znowu była scena, znowu ludzie słuchali. A oprócz tego śmiali się z tego, co mówię. To też było czymś bardzo przyjemnym. Ale nawet w momencie, w którym zdecydowałem się, że będę zdawał do szkoły teatralnej, nie traktowałem tego poważnie. To było na zasadzie przygody. „Spróbuję zdać, zobaczymy jak to jest”. Ku mojemu zdziwieniu do szkoły się dostałem, więc zaczęło się poważne myślenie na ten temat. Wbrew pozorom aktorem nie zostaje się w momencie dostania się do szkoły teatralnej. Wtedy profesorowie zauważają w człowieku predyspozycje do uprawiania tego zawodu. Zaczynają go uczyć. Jeszcze długa droga, żeby stać się zawodowcem.
AD: „Jestem aktorem” – kiedy Pan tak o sobie pomyślał?
MB: Chyba jeszcze w szkole teatralnej i już mówię, dlaczego. Na początku studiów zorientowałem się, że bardzo podoba mi się reżyseria. Jakieś scenki ustawialiśmy, pomagałem kolegom, reżyserowałem i zobaczyłem, że bardzo mi to odpowiada. Pomyślałem: skończę wydział aktorski i pójdę na reżyserię. Na trzecim roku szkoły teatralnej zetknąłem się z Krzysztofem Kieślowskim, u którego grałem wtedy w „Dekalogu”. Zwierzyłem mu się z tych swoich planów. Był dla mnie totalnym autorytetem, cudownym człowiekiem. Powiedział mi: „Daj sobie spokój z ta reżyserią, zajmij się tym, co ci dobrze idzie. Bądź aktorem. Za reżyserię zawsze będziesz mógł się wziąć”. Te słowa były miodem na serce, on mnie „mianował” aktorem. Jeśli taki człowiek mówi taką rzecz, zaczyna się w siebie wierzyć. A to jest jedna z podstaw tego zawodu. Jak się w siebie nie wierzy, nic dobrze nie wychodzi.
AD: Ta reżyseria gdzieś jeszcze w Panu jest?
MB: Jest. Są takie momenty w moim życiu, kiedy mam mniej zajęć aktorskich i wtedy wraca myśl „Coś bym może wyreżyserował?” Ale potem znowu dzwoni telefon, pojawia się jakaś rola, trzeba się zająć graniem. Sprawa zostaje więc przesunięta. Coraz dalej, dalej i nie wiem, kiedy się z tym zetknę. Wielu moich kolegów aktorów dosyć późno próbowało reżyserii, więc może ja też wreszcie się nią zajmę. Ale jeśli miałbym coś reżyserować, musiałbym się do tego porządnie przyłożyć, a na to nie mam czasu.
AD: Bo fakt, że mieszka Pan w Gdańsku, a nie w Warszawie, nie przeszkadza i nie sprawia, że omijają Pana role.
MB: Nie przeszkadza. Jedyny koszt, jaki ponoszę, to częste podróżowanie. W zależności od tego, gdzie kręcę, jeżdżę na trasie Warszawa –Gdańsk, Gdańsk -Wrocław. Przyzwyczaiłem się. To cena jaką płacę za to, że mogę w wolny dzień iść z rodziną na spacer nad morze i oddychać powietrzem gdańskim, a nie dusznym warszawskim, którego nie lubię. Lubię Gdańsk, tu się świetnie czuję i nie zamienię go na Warszawę z powodu rynku pracy. Praca nie jest wszystkim w życiu człowieka. Nie mam też potrzeby przeprowadzki. Gdybym będąc w Gdańsku przestał dostawać propozycje, pewnie musiałbym się zastanowić, czy nie powinienem być bliżej. Ale nigdy nie stanowiło to problemu ani dla mnie, ani dla reżyserów którzy chcieli, żebym u nich grał.
AD: Rozmawiamy pod koniec czerwca. Pana kalendarz zawodowy wypełniony jest do...
MB: … stycznia. Wiem, co będę robił do 17 stycznia. Później, na szczęście, nie.

Z Fundatorem rozmawiała Aleksandra Dylejko
redaktor Dziennika Bałtyckiego
wolontariuszka Fundacji "żyć z POMPĄ"
POMAGAJĄ NAM